Sprawdzanie
Szeroki Kadr
Poradnik: Sposoby fotografowania | Przedmioty | Po godzinach | 08.08.2012 | Zaawansowani | Powiększ tekst:

Jak zrobiłem to zdjęcie – Tomek Sikora, czyli singapurska robota

Tomek Sikora

W cyklu „Jak zrobiłem to zdjęcie” oddajemy głos fotografom, którzy opowiadają o kulisach powstania jednej ze swoich prac. Postanowiliśmy zwrócić uwagę czytelników na ujęcia nietypowe, niekoniecznie najbardziej znane zdjęcia bohaterów artykułu. W zależności od preferowanego gatunku każdy fotograf skupia się na innych aspektach powstawania obrazu. W szóstej części serii rozmawiamy z Tomkiem Sikorą, który opowiada o realizacji pewnego zlecenia reklamowego.

Dodaj do schowka Komentarze: 5

Wstęp

Kiedy Szeroki Kadr zgłosił się do mnie z prośbą o wybór fotografii do cyklu „Jak zrobiłem to zdjęcie”, od razu wiedziałem, o czym będę opowiadał. Przypomniała mi się praca nad zleceniem sprzed dwudziestu lat – zleceniodawcą były singapurskie linie lotnicze. Zdjęcie, o którym opowiem, powstawało tydzień – dziś, dzięki komputerom, można by je przygotować w znacznie krótszym czasie, choć wcale nie mam pewności, czy i tak nie wybrałbym drogi w pełni analogowej.

Właściwy człowiek na właściwym miejscu

Kiedy wybiera się wykonawcę projektu, najlepiej zdecydować się na kogoś, kto pasuje do koncepcji kampanii – kogoś, kto ma na swoim koncie prace choć trochę zbliżone do efektu, jaki zamierzamy osiągnąć. W tym wypadku dyrektor linii lotniczych, które zamówiły kampanię, znał moje zdjęcia i uznał, że najbardziej pasuję do pomysłu. Zlecenie było bardzo konkretne – miał powstać obraz starej łodzi z przyczepionym silnikiem symbolizującym nowoczesność.

Postanowiłem stworzyć całkowicie „analogowy” fotomontaż, który nie miał tworzyć iluzji przekonującej, że przedstawia surrealistyczną rzeczywistość (zresztą w tamtych czasach mało kto potrafił tworzyć takie obrazy – może z wyjątkiem Ryszarda Horowitza, ale to nie ta część świata). Chciałem wykorzystać pewną surowość, niedokładność i klimat pracy w ciemni, przypadkowość w pełni analogowej pracy.

Organizacja pracy

Podzieliłem sobie pracę na kilka etapów. Mówiąc w skrócie – najpierw fotografowanie, potem praca w ciemni nad składowymi obrazu, a na koniec przefotografowanie końcowego efektu na diapozytywie 9×12 cm.

Fotografowanie nr 1

Ostateczny obraz miał się składać z czterech fotografii nałożonych jedna na drugą – osobno fotografowałem model okrętu Wikingów (30–40 cm długości), osobno wzburzone morze, osobno dramatyczne, pochmurne niebo i osobno (ale już w studio) silnik motorowy. Ten etap był najłatwiejszy – o spienione fale oceanu w Australii (gdzie wtedy mieszkałem) dość łatwo, niebo również nie stanowiło trudności. Musiałem tylko pamiętać o planowanej kompozycji obrazu, żeby poszczególne elementy umieścić we właściwej części kadru.

Fotografowałem w czerni i bieli – kolor zamierzałem dodać później w ciemni, korzystając z rozmaitych kąpieli tonujących. Etap związany z samym fotografowaniem był najmniej pracochłonny i – choć nie bez znaczenia – dla efektu końcowego nie aż tak ważny jak późniejsza obróbka chemiczna w ciemni. Zapewniał bowiem jedynie surowe elementy układanki.

Ciemnia

Najpierw musiałem wykonać odbitki składowe – docelowo cztery (po jednej na każdy element obrazu), ale oczywiście każda odbitka ostateczna została wybrana spośród kilku próbnych. Kluczowe było umiejscowienie elementów składowych, dlatego musiałem bardzo precyzyjnie określić miejsce naświetlenia – przygotowałem arkusz kalki technicznej, na którym obrysowałem poszczególne części kompozycji. Metoda, którą pracowałem, nie pozostawiała miejsca na pomyłkę – jeden błąd na którymś z wcześniejszych etapów mógł oznaczać niepowodzenie całego przedsięwzięcia. Pod tym względem obróbka komputerowa zdecydowanie ułatwia życie, przyspiesza proces i likwiduje stres związany z nieodwracalnością pewnych posunięć. Nie jest jednak bez wad, o czym za chwilę.

Powyższa ilustracja pokazuje proces przefotografowywania „książki” z odbitkami aż do powstania ostatecznego obrazu.

I znów – precyzyjnie przygotowane odbitki poszczególnych elementów obrazu były jedynie początkiem (kolejnym podczas pracy nad opisywanym zdjęciem). Fotografowałem w czerni i bieli, ale ostateczny obraz miał być kolorowy. Barwy, jak wspomniałem wyżej, zamierzałem dodać w chemicznej „postprodukcji”. Nie zależało mi na „wiernym” oddaniu rzeczywistości, na kolorowaniu w celu zwiększenia realności obrazu, lecz po to, żeby podnieść jego wyrazistość, dodać mu dynamiki. Pracowałem jak w transie, podejmując decyzje w ułamku sekundy, co – wbrew pozorom – było konieczne, bo chemia, jak już zacznie działać, to nie przestaje, dopóki jej się nie przeszkodzi, a granica między efektem pożądanym a niepożądanym jest często bardzo cienka.

Zastosowałem kilka kąpieli tonujących, dziś nie pamiętam dokładnie jakich i w jakiej kolejności. Jak już wspomniałem, działałem intuicyjnie i szybko. Tonowałem globalnie (całą odbitkę) i lokalnie (miejscowo – np. pianę bałwanów morskich na szczytach fal rozjaśniałem punktowo wybielaczem), czasami nie miałem czasu na płukanie, tak bardzo zależało mi na natychmiastowym zatrzymaniu procesu, że od razu wrzucałem odbitkę do utrwalacza.

I tutaj widać przewagę procesu chemicznego nad cyfrowym – nie techniczną, bo każda technika ma plusy i minusy, lecz artystyczną. Bardzo lubię pewną nieprzewidywalność, surowość pracy z chemią – możliwość zatracenia się w procesie, intuicyjnym działaniu opartym na bezpośrednim kontakcie z przedmiotem. Obróbce komputerowej brakuje tej dotykalności, wrażenia bliskości z materiałem. Właśnie z tego powodu, jak pisałem na początku, gdybym dziś miał zrealizować takie zlecenie i chciał osiągnąć podobne efekty, mimo wszystko poważnie brałbym pod uwagę metodę czysto chemiczną.

Opisywaną technikę wykorzystałem również w pozostałych zdjęciach wykorzystanych w tej kampanii.

Ale wróćmy do meritum – w ten sposób wykonałem po kilka odbitek każdego motywu, by potem na spokojnie wybrać te, które najbardziej przypadły mi do gustu i które najlepiej do siebie pasowały (w końcu miały tworzyć spójną całość).

Wybrane odbitki spreparowałem jeszcze w jeden sposób. Uzbrojony w aerograf (taki prawdziwy, nie narzędzie z Photoshopa) zamalowałem czarną farbą wszystkie fragmenty, które nie miały wchodzić w skład­ końcowego obrazu. Aerograf pozwolił mi działać precyzyjnie przy zachowaniu gradacji na brzegach w celu uniknięcia ostrego kontrastu czerni i bieli, choć nie było to konieczne ze względu na technikę przefotografowywania całości na diapozytyw (opowiem o niej za chwilę).

Następnie każdą odbitkę nakleiłem na bardzo grubą, sztywną tekturę. Złożyłem z nich swoistą książkę, która posłużyła mi do naświetlenia diapozytywu. W pewnym sensie pracowałem na warstwach – tak jak się to robi w Photoshopie, ale bez użycia komputera.

Fotografowanie nr 2

Poza czterema zdjęciami składowymi naklejonymi na tekturę książka składała się jeszcze z arkusza kalki technicznej, na której obrysowywałem kontury poszczególnych motywów, żeby w trakcie kolejnych etapów ekspozycji oświetlać tylko odpowiednią część klatki. W przeciwnym razie – gdybym np. próbował wyciemnić zbędne fragmenty kadru – diapozytyw za każdym razem (przy czterech ekspozycjach) otrzymywałby jednak pewną porcję światła. Niedużą, ale jednak. Skutkowałoby to zamianą czerni w ciemną szarość, a tego bardzo chciałem uniknąć.

Wpadłem na pomysł, żeby oświetlać tylko odpowiedni kawałek punktowo – zwykłą latarką. Diapozytyw naświetliłem w kamerze wielkoformatowej zamocowanej oczywiście na solidnym statywie – tak samo stabilnie zamocowałem książkę z odbitkami. Następnie czterokrotne naświetliłem tę samą kliszę. Dzięki punktowemu oświetlaniu kopiowanych elementów kompozycji udało się dodać dynamiki ostatecznemu obrazowi – zatracić resztki sterylności, ułatwić przenikanie się warstw i łączenie w jeden spójny obraz. Nawet ten ostatni etap, który na pozór powinien być transparentny, nabrał znamion kreacji.

Realizacja opisywanego przedsięwzięcia zajęła siedem dni pracy w ciemni plus czas poświęcony na sfotografowanie poszczególnych elementów obrazu. Dziś takie zabiegi nie byłyby niezbędne – praktycznie wszystko łatwiej byłoby zrobić w komputerze. Lecz choć wygoda łączenia elementów w jeden obraz w komputerze jest niezwykle kusząca, to jednak dotykalność całego procesu powstawania obrazu tak mocno wpływa na doświadczenie fotografa i finalny wygląd fotografii, że nie zamieniłbym jej na łatwość i – przydatną w innych okolicznościach – sterylność cyfry.

O autorze

Artysta fotograf, wędruje z aparatem od ponad 50 lat. Jego prace łamią zasady, a niezwykle charakterystyczny styl, jak charakter pisma, wyróżnia go w czołówce polskich twórców fotografii.

Dwukrotnie uznany został najlepszym fotografem reklamowym w Australii i Oceanii. Pracował dla czołowych agencji reklamowych Australii, USA, Nowej Zelandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Belgii, Malezji, Singapuru, Hong Kongu oraz Polski. Na swoim koncie ma także współpracę z czołowymi polskimi grafikami, tworzył plakaty teatralne i filmowe. Zajmuje się również fotografią mody, wykonywał projekty m.in. dla takich marek jak Comme des Garçons, Romeo Gigli, Giorgio Armani, Dries Van Noten, Yohji Yamamoto, Issey Miyake, Prada.

Pomysłodawca Galerii Bezdomnej. Prowadzi działalność edukacyjną. Wykładał m.in. w Victoria College of the Arts w Melbourne. Obecnie uczy w Akademii Fotografii. Publikuje limitowane edycje autorskich książek i albumów.

Jego prace wystawiane były licznie w wielu krajach na świecie – w Holandii, Francji, Australii, Bułgarii, Szwecji, Polsce, USA. Wybrane projekty Tomka Sikory: „Alicja w krainie czarów”, „Second Skin”, „Ziemia obiecana”, „Miejsce Magiczne”, „Przejrzystość Rzeczy”, „Ludzie z mojej dzielnicy”, „Świńskie Opowiastki”, „Maroko”, „Kobieta”.

Obejrzyj wywiad z Tomkiem Sikorą w naszym dziale „Fotograf miesiąca”.

Strona autora: www.tomeksikora.com

Masz propozycję na temat poradnika?: Napisz do nas
Oceń :

Zobacz podobne poradniki

rozwiń

Komentarze

Oskar

Oskar 2012-08-09 17:25:04

nie wiem co ludzoe mysleli 20 lat temu dla mnie nawet teraz wydaje sie to czarna magia.

Robert Ruszczyk

Robert Ruszczyk 2012-08-09 19:40:48

Pan Tomek to prawdziwy tygiel pomysłów. Nie raz łamałem sobie głowę przy zdjęciach Tomka Sikory - w jaki sposób to zrobił ?

Piotr

Piotr 2012-09-09 14:29:25

jak dla mnie to to nie są zdjęcia...

dori

dori 2012-09-11 10:45:49

odbieram to juz nie jako fotografię ale sztukę, coś wiecej. Wolę to niz słodkie obrazki morza na długim czasie i zachody słońca. Ma charakter!

Dodaj komentarz

Ponieważ nie jesteś zalogowany, Twój wpis będzie musiał zostać zaakceptowany przez moderatora.

Dodaj swój post

kawus

Iván Ferrero2017-11-17 22:39:23 kawus

piekne zdjęcia:) też bym takie chciał robić…

kawus

Ruch2017-11-17 22:28:44 kawus

gratuluje zwycięzcą:) piękne prace…

witamina.info

Fotografia krajobrazowa w czerni i bieli2017-11-17 17:19:38 witamina.info

super porady. dzięki!…

alicjaplocin

Mateusz Stankiewicz2017-11-17 15:02:32 alicjaplocin

ja też :-)…

Realizacja: Krystian Bielatowicz