Sprawdzanie
Szeroki Kadr
Poradnik: Ludzie | Podróże | Po godzinach | 10.03.2014 | Średnio zaawansowani | Powiększ tekst:

Jak zrobiłem to zdjęcie – Stanisław „Bobrowiec” Boniecki, czyli albo masz przygody, albo nie masz przygód

Stanisław „Bobrowiec” Boniecki

Dodaj do schowka Komentarze: 5

Na co dzień zajmuję się fotografią lajfstajlowo-modową. Jednak równie dużo energii poświęcam projektom osobistym. Nie wymyślam artystycznych projektów, tylko robię zdjęcia dla siebie i swoich znajomych. Ponieważ dużo podróżuję – zarówno zawodowo, jak i prywatnie – osobiste zdjęcia powstają właśnie podczas wyjazdów. Nie muszę się wtedy martwić o terminy, techniczną jakość fotografii, zagwarantowanie klientowi odpowiedniego zestawu zróżnicowanych ujęć. Te zdjęcia powstają tylko po to, by zachować wspomnienia. Ponieważ podczas wyjazdów ciągle mam jakieś przygody (nie zawsze przyjemne – np. straciłem kiedyś ulubiony aparat, gdy zapodziałem torbę na lotnisku i saperzy wysadzili ją profilaktycznie ze względu na podejrzenie bomby…), postanowiłem opowiedzieć o kilku z nich.

Dach z widokiem

W kwietniu 2012 r. pojechałem do Francji nad morze. Podczas wizyty w okolicy zazwyczaj wynajmuję mieszkanie od znajomego znajomych. Bywam tam zwykle wiosną, żeby uniknąć tłumów turystów – nie szukam plażowania i smażenia się na słońcu, tylko spokoju i relaksu. Ale oczywiście bez przesady – coś musi się dziać. Podczas wizyty w miasteczku zobaczyliśmy z daleka piękny neon w starym stylu: Hotel Alexander (piszę „my”, bo byłem tam z moją dziewczyną Anią) . Znajdował się na drugim końcu miasta i wyglądał niezwykle filmowo. Postanowiliśmy obejrzeć go z bliska. Na miejsce dotarliśmy dopiero o zmroku. Jednak samo oglądanie nam nie wystarczyło – chcieliśmy podejść jeszcze bliżej. Ku naszemu zdziwieniu, kiedy wjechaliśmy windą na ostatnie piętro hotelu, okazało się, że drzwi na dach są otwarte. Skorzystaliśmy z zaproszenia.

Podziwialiśmy panoramę miasteczka i okolicy. Podziwialiśmy sam neon. Piknikowaliśmy. Beztroska i relaks na 100%. Zrobiliśmy też trochę zdjęć – jedno z nich towarzyszy tej opowieści. Po jakimś czasie całkiem się ściemniło. Dach rozświetlało jedynie światło neonu, który zwabił nas w to miejsce. Zaczął padać deszcz, poczuliśmy się zmęczeni, więc ruszyliśmy do wyjścia. I tu niespodzianka – ktoś zamknął drzwi na klucz. Po chwili konsternacji, wiedziony ułańską fantazją, wdrapałem się na gzyms i przedostałem się na balkon jednego z hotelowych pokoi. Na szczęście drzwi balkonowe były uchylone, a mężczyzna, który spał w łóżku, się nie obudził. Na nieszczęście nie udało mi się otworzyć drzwi na dach, więc tą samą drogą wróciłem na górę do Ani. Musieliśmy wymyślić inny sposób.

Niestety nie mieliśmy dostępu do internetu, więc nie było jak znaleźć numeru telefonu do hotelu, żeby zawiadomić pracowników o naszym pechu. Zaczęliśmy dzwonić do znajomych w Polsce z prośbą, żeby poszukali dla nas tych namiarów. Był późny wieczór, ale w końcu się udało. Pozostał jeden mały problem – żadne z nas nie mówiło na tyle płynnie po francusku, żeby dogadać się przez telefon. Na szczęście udało się dodzwonić do znajomych Francuzów, którzy przeprowadzili feralną rozmowę w naszym imieniu. Potem już wszystko potoczyło się szybko – choć niekoniecznie gładko. Przebywaliśmy nielegalnie na prywatnym terenie, więc po otwarciu drzwi prowadzących na dach przywitał nas bardzo zdenerwowany kierownik hotelu i paru uprzejmych panów w policyjnych mundurach. Po krótkiej wymianie zdań skończyło się na pouczeniu. Na pamiątkę zostały nam fajne wspomnienia i kilka fotek, które przypominają o tej przygodzie.

Luksus opuszczony

W styczniu minionego roku pojechałem na krótkie wakacje do Hiszpanii. Któregoś dnia, podczas przejażdżki skuterem po dość zamożnej okolicy, trafiliśmy na opuszczoną posiadłość. Brama była otwarta na oścież i już na pierwszy rzut oka widzieliśmy, że nikt tam nie mieszka. Posiadłość była olbrzymia, a zrujnowany dom i reszta zabudowy stały w dość dużym oddaleniu od jej granic, więc nie psuły widoku sąsiadom.

Z pozoru nie było tam nic ciekawego, ale nigdy przedtem (i nigdy potem) nie miałem okazji trafić w takie miejsce. Co innego „zwyczajny” opuszczony budynek, ale tutaj było inaczej. Inaczej dlatego, że tutaj ostatni mieszkańcy zostawili śmieci zgodne ze swoim statusem materialnym – w sumie nic w tym dziwnego. Zupełnie nowym doświadczeniem było dla nas spacerowanie po rozrzuconych wszędzie zniszczonych torebkach z logiem PRADA czy deptanie skórzanej tapicerki z logiem LV. Zresztą na tym nie koniec. Nie dość, że pozostawiono piękny samochód, który widać na prezentowanym zdjęciu, to jeszcze w pozostałościach garażu trafiliśmy na zdezelowanego rolls royce’a… Dom musiał stać opuszczony dość długo, bo na murach zdążyło się pojawić graffiti i cała posiadłość była już dość mocno zdewastowana.

A zdjęcie? Zdjęcie to tylko pretekst do opowieści i notatka ku pamięci. Zresztą to nie do końca jest moje zdjęcie – wymyśliła je i zaaranżowała Ania. To ona weszła na samochód i kazała się sfotografować. Ja tylko nacisnąłem spust migawki :-)

Niezwykle popularne japońskie śniadanie

Co prawda to zdjęcie nie wiąże się z żadną przygodą, ale zadziwia mnie od dłuższego czasu. Nie ze względów artystycznych, lecz z powodu swojej popularności. Pojechałem do Japonii na sesję w maju 2012 roku i zostałem na dłużej – już rekreacyjnie. Wraz z moją dziewczyną prowadzę bloga ze zdjęciami jedzenia (napisałbym „kulinarnego”, ale to by była przesada). Właśnie dlatego pewnego ranka w Tokio sfotografowałem swoje hotelowe śniadanie – tak właśnie wygląda typowy pierwszy posiłek Japończyka. Zrobiłem to zdjęcie zupełnie przy okazji, nie przywiązując do niego większej wagi. Trafiło potem na wspomnianego bloga. I nagle wydarzyło się coś dziwnego – niespodziewanie, bez żadnych zabiegów z mojej strony zdjęcie zaczęło szybko nabierać popularności. Okazało się, że bardzo wiele osób wrzucało je na swoje „tumblery” (większość kolegów fotografów korzysta z Tumblra jako zbioru inspiracji – ja wrzucam tam wyłącznie swoje zdjęcia), „lajkowało” je i dzieliło się linkiem. W krótkim czasie stało się moją najpopularniejszą fotografią na blogu.

Dlaczego? Na pewno nie jest najlepsza, na pewno nie jest najciekawsza – szczęśliwy zbieg okoliczności. Może ktoś opublikował ją na jakimś popularnym blogu? Może to kwestia dodania tagów? Niezbadane są wyroki internetów… Wspominam o tym zdjęciu, żeby podkreślić, że nigdy nie wiadomo, co może się okazać strzałem w dziesiątkę. Co prawda w tym wypadku nie przełożyło się to na żadne wymierne korzyści (choć kto wie – może któryś z późniejszych zleceniodawców trafił na moją stronę właśnie tropem tego zdjęcia?), ale przypadek i łaskawość fortuny mają ogromne znaczenie. Mogą zaszkodzić, mogą też pomóc. I tego drugiego życzę wszystkim czytelnikom SK.

Prywatne zdjęcia traktuję jako wspomnienia, pamiątkowe obrazki, które nie zawsze muszą być idealne, artystycznie i technicznie udane. Najważniejsze, że są dla mnie ważne, że wiążą się z prawdziwą, zatrzymaną w pamięci chwilą. Brzmi to może górnolotnie, ale chodzi o coś wręcz przeciwnego – niedbałość, z jaką powstają moje prywatne fotografie, jest wprost proporcjonalna do stopnia zaangażowania w daną chwilę, a nie w fotografowanie. Chodzi o to, żeby mieć zdjęcie, ale nie za cenę oglądania świata przez wizjer aparatu lub na monitorze LCD.

O autorze

Artysta. Ma niecałe 30 lat. Studiował sztukę w Central Saint Martins w Londynie. Jest autorem niegdyś bardzo popularnego bloga. Robi zdjęcia cały czas, w każdej sytuacji. Ostatnio ponoć zupełnie się uspokoił. Biega, gotuje i podróżuje. Im więcej, tym lepiej. Publikował m.in. w takich czasopismach jak: „Elle”, „Harper’s Bazaar”, „MaleMEN”, „Ginza Magazine”, „Oyster Magazine”, „Podróże” czy „Vice Magazine UK”.

Prywatny blog autora: www.jpyjpy.tumblr.com
Strona z komercyjnymi pracami autora: www.cargocollective.com/bobrowiec

Tekst: Stanisław Boniecki, wysłuchał Łukasz Kacperczyk
Zdjęcia: Stanisław Boniecki

Oznacz jako przeczytane
Masz propozycję na temat poradnika?: Napisz do nas
Oceń :

Komentarze

eleonora

eleonora 2014-03-11 19:01:55

Autorowi wysłałam już mail z komentarzem. Myślę, że tajemnice tego zdjęcia stanową nie do końca zidentyfikowane potrawy. Poza tym takie wycinki rzeczywistości zawsze prowokują, bo są symbolem szerszej rzeczywistości, która jest tylko zasugerowana. Japonia fascynuje od zawsze, więc nawet taki szczegół jest interesujący. To zdjęcie rozpoczyna nową opowieść o odległym kraju ...
Bardzo ciekawy odcinek.

jerzy

jerzy 2014-03-12 12:29:04

Nawiązując do zdjęcia dot. japońskiego śniadania, mam pytanie związane z jego treścią, a mianowicie, w jakiej postaci spożywa się zaserwowane jajko. Czy w takiej, jak widać na zdjęciu? :)

jarekpod

Do jerzy, co prawda nie jestem autorem fotografii ale zazwyczaj jajka w Japonii jada na surowo. Zresztą sam takie jadam. Co do salmonelli, to jest zupełny absurd. Obecny drób jest tak badany i faszerowany chemią że żadna bakteria sie nie uchowa :)

Dodaj komentarz

Ponieważ nie jesteś zalogowany, Twój wpis będzie musiał zostać zaakceptowany przez moderatora.

Dodaj swój post

mondey

Anna Kawala Konik2018-12-10 16:13:39 mondey

pasja + miłość do psów = piękne zdjęcia :) Gratuluje Pani Aniu :)…

1954

Magdalena Russocka2018-12-08 18:58:27 1954

Niesamowite! Nie mogę się napatrzeć!…

nieznjoma0001

Autoportret w tryptyku2018-12-07 17:23:21 nieznjoma0001

Czy można wykorzystać zdjęcia, które wcześniej zostały wykonane?…

AnaVera

Moja rzeczywistość2018-12-04 19:31:50 AnaVera

Z niekłamaną przyjemnością obejrzałam wszystkie zgłoszone zdjęcia. Dużo ciekawych…