Sprawdzanie
Szeroki Kadr
Poradnik: Dokument i reportaż | Podróże | Po godzinach | 08.11.2014 | Średnio zaawansowani | Powiększ tekst:

Jak zrobiłem to zdjęcie – Krzysztof Miękus, czyli o tym, jak zostałem Niemcem (który przegrywa z Brazylią)

Krzysztof Miękus

W cyklu „Jak zrobiłem to zdjęcie” oddajemy głos fotografom, którzy opowiadają o kulisach powstania jednej ze swoich prac. Postanowiliśmy zwrócić uwagę czytelników na ujęcia nietypowe, niekoniecznie największe hity bohaterów artykułu. W zależności od preferowanego gatunku każdy fotograf skupia się na innych aspektach powstawania obrazu. W kolejnej części serii wraz z Krzysztofem Miękusem cofamy się do roku 2002.

Dodaj do schowka Komentarze: 1

Tego dnia Niemcy przegrały z Brazylią w finale Mistrzostw Świata. I to była dobra wiadomość. Nie dlatego, że jakoś szczególnie na tę porażkę liczyłem, ale dlatego, że od niej zależało moje życie. No, może nie całe życie, ale przynajmniej godność i cielesna nienaruszalność.

Latem 2002 roku pracowałem z historykiem i dziennikarzem Adamem Leszczyńskim nad materiałem do książki Naznaczeni – Afryka i AIDS. Badaliśmy nie tyle oblicze samej choroby, ile kontekst ekonomiczny, kulturowy i społeczny epidemii wywołanej wirusem HIV na kontynencie afrykańskim. Spora część naszej pracy przypadła na Nairobi. Kenijska metropolia wyglądała w owym czasie jak scenografia do postapokaliptycznego science fiction.

Czuliśmy się trochę, jakbyśmy trafili na plan Łowcy androidów. Nocą na opustoszałych ulicach płonęły olbrzymie metalowe kosze ze śmieciami, przy których grzali się bezdomni. W wejściach do kamienic przysypiali uzbrojeni w karabiny ochroniarze, a w obskurnych, śmierdzących i zatłoczonych spelunkach kwitło życie towarzyskie tak intensywne, jakby o świcie miał się skończyć świat. Wszystko z wyjątkiem alkoholu i seksu było drogie i trudno osiągalne. Alkohol i seks władały więc nocą – jedno i drugie było tanie, dostępne wszędzie od ręki i konsumowane bez opamiętania.

Dzień był przeciwieństwem nocy. Ulice tętniły życiem, tysiące samochodów wzniecały tumany kurzu. Sklepy, biura, fast foody, uliczni sprzedawcy gazet, rozkręcone do granic wytrzymałości głośniki basowe w autobusach i mikrobusach – wszystko świadczyło o witalności miasta. Przez tę kakofonię przebijał tu i ówdzie charyzmatyczny zaśpiew kaznodziejów. Obiecywali spotkanie z Bogiem, uzdrowienie i szczęście. Wszyscy nieodmiennie przestrzegali przed seksem i alkoholem. I tylko jedno łączyło dzień z nocą: smętnie snujące się niczym zombie grupy bezdomnych dzieciaków naćpanych klejem. Były wszędzie i o każdej porze. Czasami wyciągały maczetę i żądały pieniędzy, ale były tyleż nieobliczalne, co bezbronne i całkowicie zagubione. Udawało im się nawiązać jakiś kontakt z rzeczywistością jedynie na widok telewizorów w witrynach sklepów z AGD. Zwłaszcza jeśli wszystkie telewizory transmitowały akurat jakiś mecz.

Wszyscy mężczyźni idą do kina

Był 30 czerwca 2002 roku, kiedy pojechaliśmy z Adamem do slumsu Kibera. Mieliśmy spotkanie z jedną z organizacji pozarządowych pomagających chorym na AIDS, których nie stać na leczenie. O Kiberze krążyły i nadal krążą legendy. Mówiono, że to największy slums w Afryce, że mieszka tam na kilku kilometrach kwadratowych pół miliona, a może nawet milion osób. Rzeczywistość, choć ponura, nie jest tak czarna: prawdopodobnie przebywa tam na stałe poniżej 200 tys. ludzi, ale faktycznie większość żyje w absolutnie przerażających warunkach. Przeludnieniu i ściskowi towarzyszy całkowity brak jakiejkolwiek infrastruktury – elektryczności, dostępu do wody czy kanalizacji. Do niedawna (gdy powstało kilka toalet publicznych) standardem w Kiberze była „latająca toaleta”, która polegała na tym, że jak kogoś przycisnęła potrzeba, to załatwiał się do torebki foliowej, po czym torebkę wyrzucał w dowolnym kierunku, tak daleko, jak tylko potrafił. Z dużym prawdopodobieństwem trafiał w jakiś dach, ale często takie „bomby” z odchodami lądowały na ulicy, na kimś lub wręcz wpadały komuś przez okno, wprost do sypialni lub prowizorycznej kuchni. Przez Kiberę przebiega też najsłynniejsza kenijska linia kolejowa, czyli powstała na początku XX wieku, kosztem życia 2,5 tys. robotników, linia łącząca Mombasę z Jeziorem Wiktorii.

(Fotografowie i filmowcy bardzo lubią robić zdjęcia przy tych torach. Jest trochę przestrzeni, są linie prowadzące w dal, jest skarpa, a na skarpie lepianki. I są śmieci. Kwintesencja slumsu plus tory. Doskonałe miejsce na efektowne zdjęcie. A co najważniejsze, miejsce to znajduje się przy samym wejściu do slumsu, więc nie trzeba zapuszczać się dalej, gdzie ponoć jest tak niebezpiecznie. Uwaga na marginesie: nie polecam włażenia do slumsów jeśli się nie ma dobrego powodu – mieszkańców obecność fotografa krępuje, nierzadko czują się przez niego urażeni).

Tego dnia w Kiberze panował wyjątkowy spokój. Ulicami nie przebiegali tragarze obładowani tobołami, chłopcy nie kopali piłki pomiędzy lepiankami, starcy nie przesiadywali pod sklepami. Wszyscy cisnęli się do pojedynczych domów. Nad drzwiami tych domów nieodmiennie widniał napis Cinema. Kina były w istocie domami, których właściciele mieli telewizor i dostęp do prądu. Mieli też magnetowidy oraz kasety z filmami karate albo nigeryjskimi melodramatami, ale tego dnia nikt takiego repertuaru nie potrzebował. Bo tego dnia Brazylia grała z Niemcami w finale Mistrzostw Świata w Jokohamie. Za wstęp do przybytków z telewizorem trzeba było w Kiberze płacić. Niedużo, ale nie wszystkich na to było stać. Jeden chłopak wpadł na pomysł, jak obejść tę niedogodność i to obejść dosłownie – zakradł się na tyły „kina” i wydrążył palcem dziurę w ścianie. Dzięki temu mógł obejrzeć mecz.

Jak to jest być Niemcem

Prawdę mówiąc, nie pojęliśmy od razu, co tak mieszkańców Kibery przyciąga tego dnia do telewizorów. Żaden z nas nie jest fanem piłki nożnej. To nawet bardzo delikatnie powiedziane. W życiu obejrzałem dwa, może trzy mecze – wszystkie pod przymusem towarzyskim. Nie wiem, kto grał z kim, o co i kto wygrał. Nie muszę dodawać, że Mistrzostwa Świata w 2002 roku nie podniecały mnie zanadto. Adama również. Więc dopóki nie zaczęły się dziać na ulicach Nairobi dziwne rzeczy, udawało nam się żyć w błogiej nieświadomości, że gdzieś tam ktoś z kimś o coś gra. A dziwne rzeczy zaczęły się dziać, gdy tylko wysiedliśmy z mikrobusu, który nas przewiózł z Kibery do centrum Nairobi. Zmierzch jeszcze nie zapadł, ale atmosfera była ewidentnie imprezowa. Szliśmy środkiem ulic, z których w tajemniczy sposób poznikały wszystkie samochody. Ludzie kłębili się w barach, kawiarniach, fast foodach, sklepach z AGD – gdzie tylko były telewizory. Gdy widzieli nas przechodzących ulicą, niektórzy wybiegali z miną zdradzającą najwyższy stopień zadowolenia i krzyczeli: „biali przerżnęli!”. No tak. Stało się jasne, że dla mieszkańców większości afrykańskich miast tego dnia wszyscy biali byli Niemcami, a wszyscy czarni Brazylijczykami. Dobrze zatem, że wynik był, jaki był, bo wolałbym nie być w Nairobi Niemcem, który wygrywa mundial.

Cała ta historia miała dla mnie jeden morał. Banalny, bo banalny, ale przynajmniej przydatny i ratujący życie: na piłce nożnej nie trzeba się znać, ale gdy się jest fotoreporterem, należy przynajmniej znać kalendarz ważniejszych rozgrywek światowych i lokalnych. Nigdy nie wiadomo, kiedy taka wiedza może się przydać.

O autorze

Urodzony w 1975 roku, artysta, kurator, dziennikarz. W swoich działaniach wykorzystuje różne media, głównie fotografię, wideo, dźwięk, instalacje. Działa na pograniczu sztuk wizualnych i dokumentu. W 2003 roku opublikował wraz z historykiem i dziennikarzem Adamem Leszczyńskim książkę-reportaż Naznaczeni – Afryka i AIDS poświęconą ekonomicznemu i kulturowemu kontekstowi epidemii AIDS w Afryce. W latach 2003–2006 pracował jako zastępca redaktora naczelnego i jako redaktor naczelny miesięcznika „Pozytyw” poświęconego fotografii dokumentalnej i artystycznej. W latach 2006–2007 był kuratorem galerii Yours w Warszawie i kuratorem festiwalu Transfotografia 2007 w Trójmieście. Od 2011 r. koordynuje projekt Art+Science Meeting w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku. W latach 2003–2011 wykładał historię fotografii oraz fotografię dokumentalną w Europejskiej Akademii Fotografii w Warszawie, a od 2013 roku wykłada historię fotografii na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Od 2009 roku związany z magazynem „Malemen”, gdzie publikuje teksty poświęcone związkom kultury, nauki, polityki i ekonomii, wywiady, reportaże.

Do ważniejszych jego realizacji artystycznych należą Naznaczeni (2003), Akty (bez tytułu) (2003), Great Island (2010), Food is the First Thing / Morals Follow On (2010), Hortus Conclusus (2012). W grudniu 2014 roku zaprezentuje instalację I tak się właśnie kończy świat.

Jest stypendystą Visegrad Fund, Asia–Europe Foundation, Ambasady Francji w Warszawie, Szwajcarskiej Fundacji dla Kultury Pro Helvetia, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Marszałka Województwa Pomorskiego, Miasta Chorzów oraz Instytutu Adama Mickiewicza.

Tekst: Krzysztof Miękus, wysłuchał Łukasz Kacperczyk
Zdjęcie: Krzysztof Miękus

Oznacz jako przeczytane
Masz propozycję na temat poradnika?: Napisz do nas
Oceń :

Komentarze

tutu-60

Wybitna osoba, która na pewno przejdzie do historii fotografii ;)

Dodaj komentarz

Ponieważ nie jesteś zalogowany, Twój wpis będzie musiał zostać zaakceptowany przez moderatora.

Dodaj swój post

krakowski_jegomosc

Instalacja2018-04-20 11:30:54 krakowski_jegomosc

To ją znajdzie :)…

kawus

Instalacja2018-04-17 16:50:26 kawus

Rozumiem ze oczekujesz modelki z jakimś rekwizytem a jak ktoś ni ma modelki?…

czaromir

Twoje zdjęcia okiem ekspertów – kwiecień 20182018-04-13 10:28:59 czaromir

Dziękuję również za wzięcie mnie pod lupę :) Miłe zaskoczenie przy piątku 13go, świetny…

joannasz

Twoje zdjęcia okiem ekspertów – kwiecień 20182018-04-11 11:40:00 joannasz

Ależ mnie ucieszyło każde Państwa słowo. Bardzo dziękuję za wnikliwą analizę. To duża…