Sprawdzanie
Szeroki Kadr
Poradnik: Sposoby fotografowania | Podróże | Po godzinach | 09.07.2012 | Średnio zaawansowani | Powiększ tekst:

Jak zrobiłam to zdjęcie – Anita Andrzejewska, czyli lirycznie w czerni i bieli

Anita Andrzejewska

W cyklu „Jak zrobiłem to zdjęcie” oddajemy głos fotografom, którzy opowiadają o kulisach powstania jednej ze swoich prac. Postanowiliśmy zwrócić uwagę czytelników na ujęcia nietypowe, niekoniecznie największe hity bohaterów artykułu. W zależności od preferowanego gatunku każdy fotograf skupia się na innych aspektach powstawania obrazu. W piątej części serii rozmawiamy z Anitą Andrzejewską – fotografką specjalizującą się w czerni i bieli.

Dodaj do schowka Komentarze: 6

Wstęp

Zajmuję się fotografią czarno-białą. Nie pociągają mnie natłok informacji i mocne osadzenie w rzeczywistości koloru. Ograniczając paletę do skali szarości, osiągam pewien stopień wyabstrahowania i metamorfozy obrazu świata, co bardzo mi odpowiada. Oszczędność i prostota środków wyrazu pozwalają klarownie przekazać moją wizję.

Wstrzemięźliwy analog

Ponieważ robię zdjęcia na kliszy, nie strzelam aparatem jak z karabinu maszynowego – daleko mi do cyfrowej rozrzutności. Z ostatniej dziesięciotygodniowej wyprawy przywiozłam 20 filmów małoobrazkowych, czyli naświetliłam 720 klatek. Analog wymaga dyscypliny. Dla mnie największą częścią procesu fotografowania jest szukanie motywów, oswajanie ludzi i przestrzeni. Świadome robienie zdjęć oznacza dla mnie, że nie muszę robić kilkunastu ujęć tego samego motywu. Oczywiście nie mówię tu o przypadku fotografowania ruchomych, nieprzewidywalnych obiektów, gdzie aparat cyfrowy sprawdza się znakomicie.

Moje prace nie bazują na koncepcie – nic sobie nie zakładam, nic nie muszę. Wynikają z osobistej potrzeby utrwalenia tego, co spostrzegam w momencie intensywnej koncentracji. Opowiadają o moich spotkaniach z ludźmi, przestrzenią, przedmiotami. Myśl o odbiorcy zaczyna się dopiero wraz z decyzją o publikacji lub ekspozycji zdjęcia. Celem wyjazdu nie jest dla mnie zwiedzanie konkretnych miejsc, celem jest podróż sama w sobie. Podoba mi się myśl pisarza Nicolasa Bouvier: „podróż otwiera przed nami drugie życie”. Poznajemy nie tylko nowe miejsca i ludzi, ale wychodzimy ze swoich codziennych ról, zostawiamy w domu przyzwyczajenia i otwieramy się na nowe zdarzenia, przyglądamy się sobie w nowych sytuacjach. O tym opowiadam językiem fotografii.

Nieprzyjazna irańska pustynia

Prezentowane zdjęcie zrobiłam w czasie jednej z kilku samotnych podróży po Iranie. Mimo przestróg zaprzyjaźnionych Irańczyków zdecydowałam się na wyprawę do Sistanu i Beludżystanu, pustynnej prowincji blisko wschodniej granicy z Pakistanem i Afganistanem, która ma fatalną opinię niebezpiecznej krainy nieokrzesanych przemytników opium i porywaczy.

To rejon, gdzie życie toczy się według własnych reguł, a władza z Teheranu rozstawia na drogach patrole policyjne, kontroluje bagaże pasażerów autobusów i samochodów, ale nie jest w stanie powstrzymać wielbłądów szmuglujących narkotyki, paliwo i broń z i do pobliskiego Afganistanu i Pakistanu.

Z doświadczenia wiem, że negatywne opinie często wynikają z nieprzystawalności światów, które żyją obok siebie pełne uprzedzeń, niewiele wiedząc o sobie nawzajem. Wielokrotnie w takich właśnie napiętnowanych i wykluczonych miejscach (Iran, Pakistan, Birma) spotkałam się z wielką życzliwością i gościnnością ofiarowaną w zamian za okazane autentyczne zainteresowanie i szacunek.

Pierwszy wieczorny spacer po Zahedanie nie wprawił mnie w dobry nastrój. Na brudnym bazarze, zbitym z blachy falistej, rozbiegane oczka handlujących zdradzały nieczyste interesy, a ja z moim aparatem fotograficznym czułam na sobie ich niechętny wzrok i wiedziałam, że jestem wśród tych mężczyzn intruzem. I wtedy użyłam aparatu jako pretekstu, który stanowił usprawiedliwienie mojej obecności w tym świecie. Cierpliwe fotografowanie detali, przedmiotów, towarów, zjednało mi w końcu niechętnych kupców. Obserwowaliśmy się nawzajem, oni rozbawieni, co ciekawego może być w indykach na tle odrapanej ściany, przed którymi uwijam się w różnych pozach, szukając dobrego ujęcia.

Świetlista droga, czyli kreacja w plenerze

Po długich poszukiwaniach poznałam Ahmada, archeologa i Vahideh, młodą tłumaczkę, którzy pomogli mi zorganizować podróż w najciekawsze miejsca prowincji i załatwili zezwolenia na przejazd przez policyjne checkpointy. Wynajętą taksówką przez kilka dni jeździliśmy od wsi do wsi. Zdjęcia stamtąd przywołują wspomnienia zdarzeń i obrazów z tej podróży.

Inne ujęcie z tej samej sytuacji – bliskość sfotografowanych postaci zawęża przestrzeń i odbiera scenie uniwersalny wymiar. Dlatego ostatecznie wybrałam inny kadr. Inne ujęcie z tej samej sytuacji – bliskość sfotografowanych postaci zawęża przestrzeń i odbiera scenie uniwersalny wymiar. Dlatego ostatecznie wybrałam inny kadr.

Patrząc na fotografię, która jest główną bohaterką mojej opowieści, przypominam sobie sylwetki skalistych, łysych gór, które wystają jak dryfujące wyspy z płaskiego oceanu piachu przeciętego prostą szramą asfaltowej drogi. Powietrzna perspektywa przymglona wirującymi ziarnkami piasku tworzy obraz na podobieństwo japońskich drzeworytów. Co jakiś czas mijaliśmy skupiska koślawych glinianych chat i porzucone obok drewniane łódki, na wpół zatopione w piasku. Surrealne rekwizyty tego melancholijnego krajobrazu pochodzą z całkiem jeszcze niedawnych czasów, kiedy wielkie jezioro Hamun było pełne wody, a mieszkańcy opustoszałych zagród trudnili się rybołówstwem. Jezioro zasilane było wodami rzeki płynącej z odległego o kilka kilometrów Afganistanu, a wyschło, kiedy po inwazji amerykańskiej zmieniono jej bieg. Ze spękanego, suchego dna sterczy Kuhe Chadże, wzgórze z ruinami antycznego skalnego miasta sprzed dwóch tysięcy lat. Teraz po jeziorze prują tylko szybkie jak strzała auta przemytników i dryfują stada dzikich wielbłądów, pomieszane ze szkolonymi dromaderami szmuglerów, które swobodnie przenoszą ładunek z opium przez afgańsko-irańską granicę.

Prosty pejzaż, który fotografowałam podczas naszej podróży, zawiera w sobie wszystkie cztery żywioły: ziemię stykającą się z powietrzem nieba, ogień zachodzącego słońca i wodę, obecną we wspomnieniu spękanego dna jeziora. Na tym tle stoją nieruchomo trzy sylwetki moich znajomych, każdy z nich wpatrzony w inny punkt pustego horyzontu.

Szukanie kadru – zdjęcia z dokumentacji cyfrowej. Widać na nich tę samą drogę, która rozświetla ostateczną fotografię. W końcu zdjęcie zrobiłam z przeciwnej strony, pod światło. Kadr dopełnili moi znajomi, kiedy zeszli z pagórka (stoją przy beczce) i pojawili się na końcu drogi.

Zrobiłam to zdjęcie późnym popołudniem, tuż przed zachodem słońca, którego niskie promienie odbijały się od drogi. Ustawiłam się prawie w kontrze do światła, ze słońcem po prawej stronie. Przyjęłam niską perspektywę, żeby widzieć drogę kończącą się na horyzoncie – drogę bez celu, bardziej metaforyczną niż tę konkretną, biegnącą po dnie jeziora Hamun. Ekspozycję ustawiłam na lekkie niedoświetlenie, żeby nie przepalić szczegółów w bardzo jasnym pasku drogi. Widziałam w kadrze bardzo prosty pejzaż podzielony horyzontalnie na pół linią styku płaskiego, bezchmurnego nieba z fakturalną powierzchnią ziemi.

Zauważyłam leżący na pierwszym planie poskręcany patyk i pierwsza myśl była taka, że jest niepotrzebny. Szybka próba podniesienia aparatu nieco wyżej i pominięcia patyka w kadrze pokazała, że ten mały dysonans jest potrzebny, a jego falistość współgra z linią niewielkich wzniesień na horyzoncie. Wokół było cicho i pusto. Czekałam z wycelowanym aparatem, ale wciąż czegoś brakowało w kadrze. Nacisnęłam spust dopiero wtedy, gdy z oddali nadeszły trzy maleńkie postacie, które dopełniły kompozycję, podkreślając monumentalność pejzażu.

01 02 03 04 Kolejne etapy dochodzenia do ostatecznego wyglądu odbitki.

Technika

Czas na trochę szczegółów technicznych. Prezentowane zdjęcie zostało wykonane lustrzanką małoobrazkową Nikon F801 na filmie Ilford HP5+ o nominalnej czułości 400 ISO. Tego filmu używam najczęściej, stosując technikę forsowania, czyli naświetlenia filmu powyżej nominalnej czułości, w tym wypadku było to 1600 ISO. W trakcie podróży fotografuję w bardzo różnych, przypadkowych warunkach, w świetle zastanym, dlatego potrzebuję wysokoczułego negatywu. Wywołuję film w drobnoziarnistym Mikrophenie. Mimo że fotografowana scena nie wymagała podwyższania czułości, to zastosowanie tej samej techniki pozwoliło mi utrzymać jedność stylistyczną serii zdjęć z Iranu, które charakteryzują się podwyższonym kontrastem i ziarnem.

Ostateczną, ekspozycyjną wersję odbitki zrobiłam na wielogradacyjnym podłożu papierowym Ilford Multigrade w formacie 40×50 cm. Uznałam, że ciemna tonalność nada fotografii dramatycznej ekspresji, i mocno doświetliłam cały kadr, maskując drogę i pilnując, żeby szczegóły w czerniach pozostały widoczne. Chciałam, by wzrok odbiorcy dostrzegał fakturę spękanej ziemi, ale bez rozpraszania wędrował świetlistą drogą ku idącym postaciom.

Artykuł, który właśnie przeczytaliście, to próba rekonstrukcji i nazwania post factum procesów, które zachodzą w mojej głowie w momencie fotografowania. Decyzje zapadają błyskawicznie, na pół świadomie, na pół instynktownie, i dopiero patrząc na gotową fotografię, mogę je racjonalizować. W trakcie fotografowania jest to po prostu widzenie, jak najbardziej czujne, obecne, otwarte na otoczenie – jak najmniej obciążone gotową koncepcją. Zawsze najpierw widzenie, potem znalezienie sposobu na jego wyrażenie i dopiero później podzielenie się z odbiorcą.

O autorze

Absolwentka grafiki na krakowskiej ASP, ilustratorka książek dla dzieci, fotografka i podróżniczka. Od lat angażuje się w projekty artystyczno-społeczne łączące Europę i Azję. Prowadziła m.in. warsztaty plastyczne dla dzieci w indyjskim Ahmedabadzie, kilkakrotnie odwiedziła też Iran, gdzie współtworzyła projekty fotograficzno-literackie w Teheranie, Isfahanie, Szirazie i antycznym mieście Jazd.

Stypendystka Ministra Kultury, zdobywczyni licznych nagród krajowych i zagranicznych, m.in. w konkursie na projekt fotograficzny dla amerykańskiego Santa Fe Center for Visual Arts oraz w zorganizowanym we Francji konkursie ilustracji dziecięcej Figures Futur. Swoje prace wystawiała w Japonii, USA, Iranie, Turcji, Niemczech, Czechach, Francji, Grecji, Hiszpanii, na Węgrzech i Słowacji. Jej najnowszą dużą wystawą (prezentowaną w Krakowie, Łodzi i Warszawie) jest projekt „Patrząc”, złożony ze zdjęć wykonanych podczas podróży po Birmie i Tajlandii.

Obejrzyj cykl wideoporadników, w których Anita Andrzejewska opowiada o pracy w ciemni fotograficznej: część 1, część 2, część 3.

Obejrzyj wywiad z Anitą Andrzejewską w naszym dziale „Fotograf miesiąca”.

Strona autorki: anitaandrzejewska.pl

Tekst i zdjęcia: Anita Andrzejewska
Wysłuchał: Łukasz Kacperczyk

Oznacz jako przeczytane
Masz propozycję na temat poradnika?: Napisz do nas
Oceń :

Zobacz podobne poradniki

rozwiń

Komentarze

Opserwator

Nie chcę wyjść tu na fetysza, ale osobiście wolę słuchać pani Anity, niżeli czytać porady.

Życzę miłego dnia.

Kagor

Kagor 2012-07-11 20:44:46

Świetna wypowiedź Pani Anity. Widzę podobnie i może dlatego 200 zdjęć na karcie to dla mnie całe mnóstwo. Dalej myslę kategoriami filmu 36 klatkowego.

murdelio
oceń+--1

Kiedyś spotkałem się z pracą fotografika na Ukrainie.. człowiek w podeszłym wieku.. i on - choć miał dobry sprzęt cyfrowy - pracował w/g starej, sowieckiej szkoły - do każdego ujęcia grupę ustawiał 10 - 15 min.. irytowało to nas.. i - jeżeli się zgodzę - że można się bawić w kompozycję kadru przy wielu gatunkach fotografii - to przy fotografii reporterskiej cyfrówki są niezastąpione. Sam jestem już całkowicie oddny cyfrówce - z każdej sesji robię kilkaset ujęć - a gro pracy i czasu to przy kompie..

Potarganiec

Zaczynałem od takiej właśnie fotografi i może jeszcze kiedyś powrócę do  ciemni fotograficznej i właśnie fotografi czarno-białej.  Pozdrawiam

Lorkina

Ach ta Persja. Czarno-białe zdjęcia zawsze kojarzą mi się jakoś z przemijaniem, a te bardzo mi przypadły do gustu, szczególnie koń i scena z przyjaciółmi. No i ten impuls, że właśnie teraz zrobię zdjęcie.

taki_jeden

taki_jeden 2016-06-03 08:50:02

OpserwatorNie chcę wyjść tu na fetysza, ale osobiście wolę słuchać pani Anity, niżeli czytać porady.Życzę miłego dnia.

Mam to samo :)
Ale jeszcze lubię patrzeć.A głos ma niesamowity.

Dodaj komentarz

Ponieważ nie jesteś zalogowany, Twój wpis będzie musiał zostać zaakceptowany przez moderatora.

Dodaj swój post

kacpabram30

Andrzej Pilichowski-Ragno2017-12-13 11:57:42 kacpabram30

Mega zdjęcia! Na prawdę jest co podziwiać.…

skodzina09

Jak podrasować portret w plenerze, czyli Instagram kontra Photoshop2017-12-12 16:03:21 skodzina09

Jak nazywa się ten program…

bali_82

Mariusz Śmiejek2017-12-08 15:18:18 bali_82

Dziękuję za wywiad.…

sagitarius777

Mariusz Śmiejek2017-12-01 19:08:28 sagitarius777

Super wywiad.…