Ryszard Filipowicz

fot. Jacek Poremba
Mówię o sobie, że jestem „fotografem, który zdradził fotografię”.
Aparat przez długie lata był dla mnie narzędziem pracy – w mojej agencji reklamowej Oskar Wegner wykorzystywałem go do fotografii użytkowej, w której liczyły się poprawność techniczna i dokument.
Fotografii uczyłem się od najlepszych: ukończyłem Akademię Tomasza Tomaszewskiego, spędziłem sporo czasu z Leszkiem Szurkowskim, obserwowałem pracę Jacka Poremby, Chrisa Niedenthala, aż wreszcie postanowiłem pójść własną drogą.
Bo z czasem zacząłem czuć, że to nie wystarcza. Zrozumiałem, że fotografia nie musi być końcem procesu – może być jego początkiem. Dlatego mówię, że „zdradziłem fotografię”, ale w jej pierwotnym znaczeniu.
Nie interesuje mnie już wierne zapisywanie rzeczywistości. Interesuje mnie to, co dzieje się później – w warstwach, w przekształceniach, w grze wyobraźni.
Moje obrazy powstają z warstw fotografii – fragmentów rzeczywistości, które przekształcam tak, by zyskały nowe znaczenia. Rdza potrafi stać się oceanem, kora drzewa – lawą, a kawałek drewna – sylwetką jak z obrazu Modiglianiego.
Aparat nie jest dla mnie końcem procesu, lecz początkiem. Łączę warstwy fotografii, przesuwam je, multiplikuję – i nagle z detalu rodzi się nowy świat. Wierzę, że siła obrazu nie tkwi w tym, co przedstawia, ale w tym, co uruchamia w wyobraźni widza.
Nie mam jednego stylu. Raz obraz wygląda dekoracyjnie, innym razem bardziej surowo, abstrakcyjnie. Najbardziej cenię w sztuce to, co zostaje w widzu – nie obraz sam w sobie, lecz echo obrazu pod powiekami.
Moje prace drukuję w limitowanych edycjach kolekcjonerskich DigiGraphie® by Epson. Prezentowałem je na wystawach w Gliwicach i w Szczecinie – ostatnio podczas 13. edycji wystawy „Mistrz i Morze”.












Strony internetowe:
Powiązane tematy
Ian Ford
Christy Lee Rogers
DDiArte



