Elizabeth Bick
Jak zaczęłam fotografować?
Dzieciństwo i wiek nastoletni spędziłam na obserwacji ruchu ciał w przestrzeni ograniczonej prostokątem. Mam na myśli taniec, nie fotografię. Każdy gest i spojrzenie się liczyły. Pracowaliśmy z kostiumami i narracją. Prostokąt sceny był kluczowym parametrem, w którym powstawały kompozycje przestrzenne. Gdy porzuciłam taniec, by oddać się studiom, na szczęście znalazłam fotografię, która od samego początku miała dla mnie sens. Intuicyjnie wykorzystałam zdobytą wcześniej wiedzę. Patrząc przez wizjer, byłam publicznością oglądającą znajomy prostokąt.
Kocham chodzić. Odbywam wielokilometrowe wędrówki z aparatem na podorędziu. Zaczyna się od zabawy: szukam zwykle „sceny", jak to nazywam, czyli dowolnej fasady budynku, na której tle przetacza się tłum pieszych. Oglądam sobie tę scenę bez pośpiechu. Aparat pozwala na długie patrzenie, które też uwielbiam.
Co mniej inspiruje:
To, jak ludzie się ruszają, ubierają, jak prezentują siebie w przestrzeni publicznej. Inspiracją jest dla mnie podświadome odgrywanie przez nich własnej postaci. W swojej pracy posługuję się powtórzeniami elementów wizualnych i redukcją.
Często fotografuję nieświadomych tego przechodniów całymi godzinami, lecz czasem, z rzadka, widzę kogoś wyjątkowego, od kogo nie sposób oderwać wzroku. Doganiam wtedy taką osobę i pytam, czy nie zechciałaby mi pozować do cyklu portretów. Takiej muzie robię zdjęcia przez kilka lat. Ciągnie mnie do osób, które mają wrodzone umiejętności aktorskie, lubią, gdy się na nie patrzy, nie przepraszają za to, kim są. Zwykle stajemy się sobie bliscy.
Aparat widzi rzeczy, których nie dostrzeże ludzkie oko. Chodzi przede wszystkim o światło i cień. Aparat nie dostosuje się do różnic w oświetleniu tak dobrze jak nasz wzrok, dlatego fotografie udramatyzowują świat, zwłaszcza przy ostrym oświetleniu. Poza tym zdjęcie może doskonale zamrozić ruch i pokazać dzięki temu szczegóły, których ludzkie oko, niezdolne do zamrożenia ruchu, nigdy nie dostrzeże.
Fotografowanie pozwala mi podążać za moją obsesyjną naturą. Często wracam robić zdjęcia w tych samych miejscach, które obserwuję godzinami, dniami, tygodniami, miesiącami, czasem nawet kilka lat z rzędu (właśnie jestem w trakcie ósmego roku projektu zaplanowanego na dekadę, a polegającego na fotografowaniu jednej przestrzeni).
Moje prace to wynik pewnej loterii, próby przetestowania mojej zdolności do reagowania na to, co się dzieje. Pracuję ekstremalnie szybko; obrazy pojawiają się i znikają. To świetna, szalona zabawa, wymagająca niezakłóconego skupienia. To także lekcja umiejętności oderwania się: gdy za dużo myślisz, nie zdążysz zrobić zdjęcia. Choć to też nic nie szkodzi, o już idzie następna osoba, może tym razem się uda. Co pokazać? Co ukryć? Właśnie takie zagadnienia bez przerwy negocjuję.
Fotografie zamrażają moment, byśmy mogli patrzeć na niego do woli. Pozwalają na studiowanie detalu. Kombinacja tych dwóch czynników jest czymś cudownym.
Każda plamka na materiale.
Każdy niesforny włos.
Każdy podniszczony but.
Każdy kolor szminki.
Każda zmarszczka.
Każdy palec.
Każde pochylenie.
Każdy łyk przez słomkę.
Każde zgięcie łokcia.
Każda czapka.
Każdy szczegół bez wyjątku. Czyż to nie fantastyczne?
Powiązane tematy
Henri Prestes
Mario Rossi
Monia Marchionni
20.05.2021
Monia Marchionni
Wyspecjalizowałam się w fotografii kreatywnej, ponieważ poszukiwałam takiej formy sztuki, która pozwoliłaby mi ukazywać rzeczywistość tak, jak sama ją widzę. Modyfikuję, a czasem wręcz stwarzam na nowo uwieczniany wycinek świata i w ten sposób staje się on bardziej obrazem myśli niż fotografią.















